Ha! Dodałam nowy rozdział! Cieszycie się? Bo jak nie, to nogi z tyłków powyrywam xD Czekam na opinie i tradycyjnie oczekuję wytykania błędów.
Draco wyszedł spod prysznica, wypuszczając za sobą fantazyjnie poskręcane kłęby pary. Owinął się szorstkim ręcznikiem, mrucząc pod nosem coś na kształt piosenki o Złych Ślizgonach , którą to kiedyś wymyślił razem z Blaisem, z okazji kolejnej udanej próby uprzykrzenia życia Potterowi. Nogą przesunął walające się po podłodze ubrania pod umywalkę, otworzył drzwi kopnięciem i natknął się na niecierpliwie czekającego na niego Zabiniego.
- Dzień dobry – powiedział chłopak, siedząc na łóżku i lustrując przyjaciela badawczym wzrokiem.
- Czy dobry, to się jeszcze okaże – mruknął beznamiętnie, podchodząc do szafy i otwierając ją na oścież. – Jak się spało?
Blaise zdębiał i spojrzał na niego ze zdziwieniem. Draco kątem oka zarejestrował, że chłopak ma podkrążone oczy.
- Po co odgrywasz te dziwne gierki, Smoku?-
- Chcę być kurtuazyjny – odpowiedział mu lekceważąco, energicznie wycierając się ręcznikiem. - Czy to źle? Nie wychowano Cię, że pierwszym pytaniem od samego ranka… -
- Malfoy! – burknął rozzłoszczony, jedną dłonią zaczynając sobie rozmasowywać czoło. – Nie czas na zgrywy, nie uważasz? Dzisiaj do jasnej cholery jest Sobota!
- Uważam, że na to zawsze jest czas – powiedział ozięble Draco, zakładając na siebie ciemne dżinsy. – Tym bardziej, kiedy atmosfera jest dość stresująca. Powinniśmy zachowywać się normalnie. Nie dać zbałamucić się temu wszystkiemu. – Dokończył i spojrzał Blaise’owi prosto w oczy. Złość Zabiniego w jednej chwili zamieniła się w wstyd.
- Masz rację - panikuję.
- Nie o to chodzi – Zaprzeczył sztywno. Naciągnął na siebie skórzaną kurtkę i bez pośpiechu usiadł w fotelu, opierając głowę na pięści. Blaise w tym czasie niespokojnie obserwował jego ruchy. – Ja też nie jestem niczego pewien. Ja też się boję, że spartolimy. Wiem jednak, że warto chociaż próbować zachować pozory normalności - nie rezygnować z naszego stylu bycia. To jedyne co pozostało.
Zabini nagle zdał sobie sprawę, że na to wszystko co ich spotyka są po prostu za młodzi. Życie nie powinno wymagać od nich czynienia rzeczy i podejmowania decyzji, z którymi mieliby trudność nawet doskonali aurorzy. Pomyślał, z zaskoczeniem dla samego siebie, że przyjaciel ma całkowitą rację. Nie pierwszy raz zresztą. Blaise nadal nie potrafił przyzwyczaić się do faktu, że od niedawna obaj pozamieniali się między sobą rolami. On zwykle opanowany i rozsądny, nagle dostawał napadów furii i drastycznych zmian humoru, a Draco, z beznamiętnym wyrazem na twarzy wszystko naprawiał i prostował go za każdym razem, gdy ten znów uległ niepewności czy atakowi szału.
- Nie wiem jak ty, ale ja jestem potwornie głodny – odpowiedział po chwili ciszy. Draco obrzucił go rozbawionym spojrzeniem i wstał z fotela, otrzepując dłońmi dżinsy.
- Chodźmy więc na śniadanie.
- Jeżeli dziś również będzie jajecznica, porozmawiam sobie z skrzatami – Blaise podniósł się z łóżka i ruszył w stronę drzwi. Malfoy poszedł zaraz za nim. – Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale ostatnimi czasy jajka kojarzą mi się tylko i wyłącznie z Pansy Parkinson.
Słysząc to Draco roześmiał się serdecznie i poklepał przyjaciela po plecach.
- To nie zazdroszczę – odparł po chwili. – Parkinson skutecznie potrafi pozbawić ludzi apetytu. -
Bez pośpiechu zeszli po schodach i minęli pokój wspólny, który cały zapełniony został podnieceniem małych Ślizgonów – pierwszy wypad do Hogsmeade – i irytacją starszych Ślizgonów – że wyjście do miasteczka nie odbywa się później niż o dziewiątej rano, co było rzecz jasna zbrodnią w sobotni poranek. Obok kominka, stała Pansy Parkinson i prezentowała koleżankom parę nowych kolczyków w kształcie węży. Na jej widok Blaise wzdrygnął się teatralnie.
- Wyobraź sobie, że to działa w obie strony – mruknął przyjacielowi do ucha. – Sama Parkinson w mojej głowie widnieje jako dorodny okaz jajka.
- Dobrze, że nie parówki – powiedział Draco nie kryjąc rozbawienia. Zabini spojrzał na dziewczynę z przerażeniem.
- Och stary! – Oburzył się. Na twarzy rysowało mu się obrzydzenie. – Nigdy więcej nie podkładaj mojej wyobraźni takich obrazów! To było obrzydliwe!
Zimny wiatr targał ich połami kurtek, gdy tkwili w dużej grupie osób przy fontannie - na dziedzińcu.
Parę metrów od nich Severus Snape stał z długą listą uczniów i wyczytywał po kolei, alfabetycznie nazwiska wszystkich Ślizgonów.
- Nott - rzekł chłodnym tonem i podniósł wzrok z nad listy, lustrując zebranych przenikliwym spojrzeniem. Jedna ręka uniosła się leniwie w górę.
- Jestem.
- Dobrze. Dalej, Prevett. - Niska blondynka, z potarganymi przez wietrzysko warkoczami, uniosła dłoń i skinęła nieznacznie głową.
Malfoy, który do tej pory przyglądał się temu przedstawieniu ze znudzeniem, poczuł jak ktoś opiera się mu o ramię.
- Zabini, podnieś ze mnie swe ciężkie cielsko – powiedział urażonym tonem. Blaise ziewnął głęboko i zwichrzył sobie czarne włosy.
- W takich chwilach jak te, przeklinam fakt, że moje nazwisko zaczyna się na „Z” – odparł, całkowicie ignorując uwagę przyjaciela. – Dłużej to trwać nie może?
- Powiedziałem, że masz zabrać ze mnie te ciężkie cielsko – zirytował się Draco i zepchnął z siebie bezceremonialnie Blaise’a.
- Ciężkie cielsko? – Obruszył się chłopak. – Mam wyjątkowo udane ciało – rzekł krzyżując ręce na piersi. – I nie ciężkie! A mój kościec? Ma niesamowicie szlachetne rysy.
- Łajdaku, tylko Malfoyowie mają szlachetne rysy kośćca! – powiedział głębokim tonem Draco, unosząc dumnie głowę. – Spójrz na mój podbródek. Nienagannie uformowany. - Obrócił się profilem do przyjaciela i zadarł swoją brodę jeszcze wyżej. – Widzisz?
Zabini prychnął i wzruszył ramionami.
- Powiedziałbym, że to żałosne ale nie chcę Cię dołować, przyjacielu.
- Zabini! -
Blaise wzdrygnął się i rozejrzał dookoła zdezorientowany.
- Co? –
- Jak zwykle, pełna koncentracja, jak widzę – odezwał się Severus Snape, patrząc na chłopaka pobłażliwym wzrokiem, ponad głowami reszty uczniów.
- To już? – Zdziwił się Blaise. – Wspaniale! A więc jestem, panie profesorze – odparł beztroskim tonem i zatarł z zadowolenia ręce. – Idziemy Draco! Knajpy na nas czekają. - Dziarsko ruszył przed siebie, mijając zdegustowanego Severus Snape’a i posyłając wszystkim dookoła zadziorny uśmiech. Energicznymi ruchami dogonił Notta i Urguharta, poklepał ich denerwująco po plecach i poszedł dalej, zakładając jego zwyczajem ręce za głowę.
- Malfoy, pośpiesz się. Dziś jest ważny dzień! – krzyknął przez ramię. Draco kpiąco przewrócił oczami i ruszył spokojnym krokiem za nim. Wbił ręce w kieszenie dżinsów, przeczesując je w poszukiwaniu papierosów. Wyłuskał w końcu ze spodni pomiętą paczkę i odpalił jednego od różdżki, zaciągając się głęboko. Szedł powoli pomiędzy plamami światła, rzucane przez – zasłaniane co chwilę pędzącymi chmurami – słońce i zastanawiał się, nad zbawiennym wpływem papierosów na jego nerwy. Mniejsza ze zdrowiem i płucami, ważne by chociaż on zachowywał rozsądek i nie ulegał zbędnym emocjom. Spojrzał za siebie i spostrzegł, że grupa Puchonów dopiero szykuje się do wyjścia. Obok fontanny kotłowało się pełno uczniów, a na sam czubek zgromadzenia starała się dostać profesor Sprout, unosząc wysoko w górze dłoń ze zwiniętym pergaminem – listą uczniów.
Odwrócił głowę. Przed dość wyraźnie zaznaczającymi się Ślizgonami, mieniło się pełno złota z czerwienią, co oznaczało, że Gryfoni tym razem wyruszyli przed nimi. Przeniósł leniwie wzrok na Zabiniego, który czekał na niego parę metrów dalej, niecierpliwie postukując nogą.
- No szybciej, bałwanie! – Zlekceważył to, zrównał się z nim po chwili i ignorując świdrujące spojrzenie przyjaciela wyminął go bez słowa. Blaise nie odrywając od niego wzroku, dwoma krokami znalazł się przy nim. Odebrał mu z ręki papierosa.
- Smoku, ja nigdy nie byłem natarczywy – powiedział nagle między jednym zaciągnięciem a drugim. - Ale byłoby mi przyjemnie, gdybyś wytłumaczył mi o co chodzi z tą…
- Nie kończ! – odezwał się ostro Draco, chyba nawet za ostro niż zamierzał. Wyrwał mu z dłoni swojego papierosa i rozsiewając wszędzie popiół, uniósł wysoko dłoń, powstrzymując przyjaciela od dalszych uwag. – To nie jest temat na dzisiejszą rozmowę.
Blaise wzruszył ramionami lekceważąco.
- Jak chcesz. Myślałem jedynie, że chciałbyś coś o niej wiedzieć – powiedział wymijająco.
- Co? – Szczeknął od razu Draco. Zabini mechanicznie się roześmiał.
- Mieliśmy przecież o niej nie rozmawiać.
- Nie przesadzaj Blaise. Mów, o co chodzi?
- O to… - chłopak konspiracyjne zniżył głos i zbliżył się do ucha przyjaciela. – Że Cię cholernie wzięło, stary! - ryknął poklepując go po policzku. Malfoy zastygł w jednej chwili, czując jak wściekłość pali go w twarz. Zgrzytnął zębami i spiorunował Zabiniego wzrokiem.
- Nie waż się tak mówić – wycedził trzęsąc się ze zdenerwowania. Blaise pokręcił głową z zażenowania i dopiero gdy spostrzegł, że jego durny wybryk naprawdę rozbroił od wewnątrz Draco, zrozumiał, że miał rację. W jednej chwili pojął, że Malfoy całkiem przypadkiem zdradził przed nim - niczym innym, jak właśnie tak ostrym wybuchem – że ta dziewczyna ma dla niego duże znaczenie.
Drapiąc się po głowie z głupkowatym wyrazem twarzy, przyglądał się przyjacielowi, który wreszcie zaczynał rozumieć jak głupi błąd popełnił. Draco wystudiowanym ruchem strzepnął ze swojej kurtki nieistniejący brud i poszedł przed siebie, rzucając mu w przelocie jedno – z całej gamy do wyboru - ostrzegawcze spojrzenie. Zabini był bystry – słyszał to od wielu osób – dlatego wiedział, że nie należy już teraz poruszać tego tematu i najwłaściwszym wyjściem jest pójście w ślady Malfoya, przyjmując na twarz minę nie wyrażającą żadnych emocji.
Po południu pogoda zrobiła się jeszcze bardziej paskudna, niż z ranka. Wiatr zrywał się co raz mocniejszy, szarpiąc ubraniami, kradnąc uczniom szaliki i rozwiewając na wszystkie strony włosy. Słońce rzadko wyłaniało się z za chmur, temperatura zniżała się, szczypiąc skórę na policzkach i mrożąc palce u dłoni.
Jakiś uczeń idący pod wiatr, zawinięty po sam czubek nosa szalikiem, nagle wpadł na starszego od siebie chłopca ze Slytherinu, który odepchnął go natychmiast od siebie wszczynając awanturę. Blaise obserwujący ich do tej pory z za szyby, oderwał wzrok od czerwonego ze złości i zimna chłopaka i łyknął trochę kremowego piwa. Draco siedział obok niego przy stoliku, znudzony ziewając i odpalając jednego papierosa za drugim. W tłocznym barze Pod Trzema Miotłami - przypominającym gospodę w stylu dla szczęśliwych rodzin, chadzających w takie miejsca na śniadania – było przynajmniej ciepło, co stanowiło w tak mroźne popołudnie największy atut z możliwych. No, i nie wiało.
- Nudzę się – stwierdził mimochodem Malfoy, zaglądając do swojego kufla, który nie wiadomo kiedy zrobił się pusty. – Och, co za absurd! Skończyło mi się piwo. – Spojrzał na bar, pod którym kotłował się nie mały tłum i jęknął przeciągle. – Na pewno nie pójdę tam i nie będę przepychał się wśród tego plebsu. Jestem za to zbyt wrażliwy. – Machnął zdenerwowanym ruchem ręką, rozsypując po stole popiół.
- Chodźmy więc do Świńskiego Łba - zaproponował Zabini, dopijając swoje piwo.- Moje też się już skończyło – stwierdził, potrząsając przed nosem przyjaciela pustą szklanką.
- Na to jestem zbyt leniwy. Nie chce mi się w ogóle ruszać.
- Dobra, niech będzie moja strata. Skoczę po piwo dla nas obojga. – Draco wyszczerzył radośnie zęby i podał przyjacielowi swój kufel.
- Tylko pamiętaj, że nie lubię dużo piany – poinformował go swoim władczym głosem. Zabini przewrócił oczami i machnąwszy na chłopaka ręką, skierował się do baru.
Madame Rosmerta obsługująca gości, z trudem nadążała za składanymi jej zamówieniami. Uwijała się prędko za ladą, ze zmęczenia na policzkach wykwitły jej dwa rumieńce.
- Madame. – Ukłonił się przed nią Blaise, zbliżając się do baru. Kobieta spojrzała na niego roztrzepanym wzrokiem i uśmiechnęła się przyjaźnie, rozpoznając Zabiniego. – Mogę prosić dwa piwa? Wygląda Pani dziś przepięknie.
- Och, ty zawsze jesteś taki uprzejmy – zapiała radośnie odbierając od niego dwa kufle i tym samy lekceważąc całkowicie fakt, że Blaise właśnie ominął całą kolejkę.
- Mówię samą prawdę, Madame – poinformował ją głębokim głosem, uśmiechając się do niej zadziornie. – Przecież mnie znasz.
- Ach, wy Ślizgoni. – Rosmerta zachichotała i przez ladę podała chłopakowi dwa piwa. – Zawsze tacy czarujący.
- Dziękuję, Madame. – Zabini ukłonił się kolejny raz, podał kobiecie kilka sykli i tyłem ostrożnie zaczął wycofywać się z tłumu. Po czym okręcił się na pięcie i już miał ruszać do stolika, kiedy przed nim nagle pojawiła się Marietta.
- Blaise? – zapytała patrząc na niego z niedowierzaniem.
- O witam cię, Marietto – odrzekł niczym nie zmieszany. Dziewczyna spoglądała na niego odrobinę speszona i z dziwnym napięciem na twarzy. Przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę i spojrzał na nią pytająco.
- Czy coś jeszcze? –
- Ja… myślałam, że… - Zamilkła i rzuciła mu spłoszone spojrzenie. – Jesteś tu sam? - Wypaliła w końcu, przypatrując się dwóm kuflom trzymanym w jego dłoniach.
Blaise nie mógł się powstrzymać. Prychnął rozbawiony, prawie przy tym rozlewając piwo.
- Z Malfoyem – odparł, z zadowoleniem obnażając zęby. Napięcie momentalnie zniknęło z jej twarzy, zastąpione przez ulgę.
- No i z czego się śmiałeś? – burknęła urażona, odzyskując rezon.
- Marietto, skoro to już wszystko, to żegnam – powiedział ostrym tonem i ją wyminął.
- Zaczekaj! – krzyknęła i złapała go za łokieć.
- Coś jeszcze?
- Wiesz, tak się składa, że ja… też jestem sama, więc może… dosiądę się do was?
Zabini zamrugał spoglądając na dziewczynę z góry.
- W porządku – odparł cierpko i podszedł do swojego stolika. Marietta bez zastanowienia podążyła za nim.
- Zobacz, kto do nas dołączył – powiedział sucho podając Malfoyowi piwo.
- Widzę – uciął szybko Draco i zlustrował dziewczynę spojrzeniem. – Marietta! Co słychać w Ravenclawie?
- Nie narzekam. Choć bywało lepiej. A w Slytherinie?
- Och, jak zawsze wybornie. My Ślizgoni, że swoimi możliwościami do udanych sobót, zawsze potrafimy zorganizować sobie pełno wysublimowanych rozrywek. – Oczy mu błysnęły i porozumiewawczo mrugnął do Zabiniego, który z nieopisanym wyrazem przyglądał się tej wymianie zdań.
- Ach, czyli to znaczy, że szykujecie jakąś imprezę? – Rozpromieniła się Marietta. – Widzicie, odkąd przestaliście mnie odwiedzać tak często, jak kiedyś, zrobiło się jakoś pusto.
- Pusto? – Zdziwił się Draco. – A może pusta? Nie zapełniona? – Blaise parsknął.
Dziewczyna chyba jednak nie pojęła aluzji, bo spoglądała na Draco nie rozumiejącym wzrokiem. Chłopak machnął ręką zniecierpliwiony.
- Mniejsza z tym.
- Dokładnie. – Przytaknęła mu żywo Marietta. – A więc, jak mówiłam, zrobiło się pusto bez was. Choć, ostatnio Zabini się zjawił, napełniając trochę tą lukę – co mnie bardzo uszczęśliwiło! –
Malfoy rzucił Blaise’owi krytyczne spojrzenie. Ten chrząknął znacząco i zajął się obserwowaniem pęcherzyków powietrza w swoim piwie.
Marietta wydawała się tego nie zauważać.
- Czyli szykuje się dziś u was jakaś impreza? – Zapytała radośnie. Zabini zauważył, że na jej twarz wypłynęło pełno wypieków.
- To możliwie – mruknął wymijająco.
- Czy mogę się już czuć zaproszona?
Zabini zrezygnowany opadł na oparcie krzesła, myśląc, że posiadanie na zawołanie kogoś takiego jak Marietta, ma jednak też swoje wady. Przemilczał zadane przez nią pytanie czując, że jak sytuacja zmusi go do odezwania się, to zrobi się bardzo nieprzyjemnie. Malfoy zastygł z nieodgadnionym wyrazem na twarzy. Marietta zniecierpliwiona spoglądała to na jednego chłopaka, to na drugiego, a wypieki na jej policzkach jeszcze bardziej się powiększyły. I kiedy Blaise w końcu nie wytrzymał i już otwierał usta, by coś powiedzieć, obok niego rozległ się śmiech. Odwrócił się zaskoczony i zauważył, że Draco chichocze pod nosem drwiąco, opierając czoło na dłoni, w której ćmił się delikatnie papieros.
- Droga Marietto wiem, że może wydać Ci się to nie uprzejme i… hmmm ślizgońskie. – Po tych słowach uśmiechnął się z błyskiem w oku i kontynuował. – Ale ta impreza jest zamknięta. Prawdę mówiąc biorę w niej udział jedynie ja i Blaise, także, sama rozumiesz…
- Och, nie no oczywiście…
- No to znakomicie! – Klasnął w ręce, zgasił papierosa w popielniczce i wstał z krzesełka. – Bo my musimy już iść. Jest osiemnasta. Blaise, czas na nas.
Zabini bez słowa podniósł się, skinął nieznacznie na dziewczynę i przepychając się między ludźmi wyszedł z baru.
- Żegnam, Marietto - powiedział Draco i ruszył za przyjacielem. Po chwili nie było już śladu po dwóch Ślizgonach. Marietcie udało się jeszcze dojrzeć z za szyby, jak Malfoy zrównuje się z Zabinim i razem szybkimi krokami ruszają w stronę centrum miasteczka.
- Blaise wypełnił niedawno tę lukę? – zapytał denerwująco wibrującym tonem Draco. Dla Blaise’a był to zbyt denerwujący ton. Szli spokojnymi krokami przed siebie po brukowanej uliczce. Przy jej brzegach rozstawione były strzeliste i wysokie latarnie, na których zawieszone lampy bujały się – skrzypiąc przeraźliwie – poruszane przez wiatr. Przy najintensywniejszych snopach światła obijały się od siebie ogłupiałe blaskiem świec ćmy.
Samotne cienie rzucane przez nich na ulice ciągnęły się smutno, aż rozwiewały się by znów na nowo ciągnąc się na bruku.
- Przestań –
- Co? – Zapytał zaskoczony Malfoy. – Czemu mi nie powiedziałeś łajdaku, że zabawiałeś się z tą Krukonicą?
- Daj spokój. Nie było o czym opowiadać – stwierdził wymijająco i uniósł głowę, spoglądając w atramentowe niebo. – Gdzie idziemy?
- Do Wrzeszczącej Chaty.
Zabini wcisnął ręce do kieszeni i nie odzywając się już, zadarł wyżej głowę przyglądając się w ciszy wieczoru, latarniom i okupującym je ćmom. Gdy minęli fontannę na malutkim ryneczku Hogsmeade, skręcili w prawo, w dróżkę ciągnącą się pod górę. Na szczycie wzgórza, w oddali, pięła się owinięta mgłą Wrzeszcząca Chata. Już z podnóża wzniesienia, słyszeli trzaskające o siebie i poobrywane z zawiasów okiennice. Wiatr hulał w środku domu, wydając dźwięki przypominające rozdzieranie starego materiału.
Zaczęli wspinać się po ścieżce, ramię w ramię, jedynie oddychając szybko. Dookoła nich zapadała co raz większa ciemność - święcące latarnie zostały daleko za nimi. Ich jaskrawe snopy światła tutaj ledwo docierały do ich stóp, mdło oświetlając ziemię. Na niebie gwiazdy zaczęły ukazywać się jedna po drugiej, zachęcająco mrugając do nich z nieba. Malfoy sięgnął do kieszeni kurtki, chcąc wyłuskać z niej papierosy. W końcu udało mu się wyciągnąć pomiętą paczkę i odpalił jednego od różdżki.
- Daj mi też – zwrócił się do Draco zachrypniętym głosem Blaise. Chłopak bez słowa podał mu papierosa. Zabini odpalił i zaciągnął się głęboko. Wrzeszcząca Chata z każdą chwilą zbliżała się do nich niebezpiecznie. Czarne cienie oplatały drzewa i krzewy, gałęzie trzeszczały od przenikającego chłodu.
- Masz Veritaserum? – Zapytał nagle Blaise. Malfoy kiwnął głową.
Gdy w końcu stanęli przed rozpadającym się budynkiem, na moment zaległa cisza, pełna napięcia i oczekiwania.
- No dobra – suchym tonem odezwał się Draco, wciągając ze świstem powietrze. – Chwyć się mnie.
Zabini złapał drętwą ręką łokieć przyjaciela, rzucił na ziemię niedopałek papierosa i przydeptał go butem. Spojrzał na Draco, który zacisnął mocno szczęki, wysilając swoją wolę i koncentrując się na miejscu ich aportacji. Potem Blaise nie widział już nic. Poczuł ssący ucisk w żołądku, zapanowała ciemność a on miał wrażenie, że wiruje w czasie i przestrzeni. Jedynym namacalnym dowodem na to, że jeszcze żyje był łokieć Malfoya, który kurczowo ściskał w dłoni. Niespodziewanie świat runął mu na głowę i chłopak uderzył mocno stopami w chodnik. Do płuc z całą siłą uderzyło mroźne powietrze, aż Zabiniemu odebrało dech.
Normując oddech ostrożnie rozglądnął się dookoła. Stali razem z Malfoyem w ciemnej, ślepej uliczce. Z za zakrętu słychać było pełno podnieconych głosów i radosne krzyki. Trzask zbijanych butelek echem odbijał się w uszach.
- Gdzie ty nas przeniosłeś? – Wydusił z siebie w końcu, patrząc z przerażeniem na przyjaciela.
- Samo centrum Londynu. Wiesz, gdzie mieszka ten cały Wright?
- Wiem
- No, to idziemy.